Dom Prosper
Guéranger
(1805-1875)
Wielki Tydzień w wewnętrznem życiu duszy
(Rok liturgiczny, t. VI, Sandomierz 1935)
Kirem żałoby powleka się Boski horyzont Kościoła. Nieprzejrzana ciemność smutku owłada sieroctwem Oblubienicy w dorocznej pamiątce świętokradzkiego mordu, spełnionego na Niepokalanym Baranku, który gładzi grzechy świata. Do dna duszy poruszającemi obrzędami Liturgja na Kalwarję towarzyszy Bogu-Człowiekowi, ostatnie Jego tchnienie przejmując na górze cierpienia i świadkiem się czyniąc pogrzebu Ciała Przenajświętszego.
Na te uroczyste nabożeństwa Kościół zaprasza całą
społeczność wiernych ze wszystkimi pragnąc uczcić Boski przedmiot swoich umiłowań
i bólów. Nie poprzestaje na biernym udziale i jałowem współczuciu, lecz żąda od
swych dzieci głębokiego przejęcia się nauką, obficie płynącą z przepięknych
ceremonij dni ostatnich. Urzeczywistnia w ten sposób ducha słów Chrystusowych:
Nie płaczcie nademną, lecz sami nad sobą i nad synami waszymi. (Łuk. XXIII.
28). Łzami niewiast nie gardzi najtkliwsze serce, wzruszające się każdym dowodem miłości;
lecz w pierwszym rzędzie Zbawiciel zwraca ich uwagę na ogrom zadośćuczynienia,
jakiego Bóg żąda za krzywdę wyrządzoną grzechami.
Nawrócenie zapoczątkowane w poprzednich tygodniach,
Kościół doprowadza teraz do końca. Nie mnoży nawoływań pokutnych, lecz w całej
grozie męki ukazuje oczom naszym Ofiarę przebłagalną, za zbrodnie wszechświata
najhaniebniej zelżoną i w morzu Krwi własnej umierającą na Krzyżu dla
zbawienia ludzkości. Nad wszelkie zaklęcia wymowniejszy to widok, zdolen
poruszyć i do dna wstrząsnąć najzatwardzialszych grzeszników. Kościół przez
świętą Liturgję kieruje tylko sercami, odpowiednie jej obrzędom budząc w nich
uczucia żalu i szczerego postanowienia poprawy.
Dojmujący ból z
prześladowania sprawiedliwego i słuszne oburzenie na bogobójców — oto główne
cechy modlitw i obrzędów ostatnich dni piętnastu. Najmocniejsze słowa Dawida i
Proroków mamy w Lekcjach, Responsorjach, Antyfonach i Wersetach, wyjętych
ze Starego Przymierza; nowe przynosi nam w Ewangeljach Boski głos Chrystusa,
przejmującą skargą, uchylającego zapłony przepastnych głębin swojego
Człowieczeństwa, lub gromem potępienia miażdżącego pychę niepoprawnych.
Zbawienną trwogą uderzając w twardą opokę serc naszych, Kościół żłobi w
duszach głęboką bojaźń sądów Pańskich i święte łzy skruchy wyciska z oczu
grzesznika.
Przygotowujmyż się na te mocne przeżycia, tak
zapoznane w dzisiejszej zletniałej pobożności. Odświeżmy w pamięci miłość i
łaskawość Bożego Syna, bezgranicznie oddającego się ludziom, ich życiem
żyjącego w trzydziestoletniej ciszy ukrycia. Patrzmy jak po ziemi przeszedł,
czyniąc dobrze wokoło, (Dz. X, 38) i jak w nagrodę zawisł na wzgardzonej
szubienicy krzyża, którym karano jedynie niewolników.
Zważmy przewrotność grzeszników, za otrzymane
dobrodziejstwa oskarżających Zbawiciela, a z drugiej strony w najkorniejszem
uwielbieniu zdumiejmy się nad Męką Sprawiedliwego: oto w morzu goryczy i
udręczenia, uciśniony bólem bez nazwy, skarży się uczniom: „Smutna jest dusza
Moja aż do śmierci”. (Mat. 26. 38). Ciężar przekleństwa Bożego przytłacza
Najświętsze Serce, z niewypowiedzianym wstrętem odwracające się od grzechów, a
karę za nie przyjmujące z poddaniem się całkowitem Woli Ojca, przez niego
podany kielich wychylając do dna. Niebo tymczasem zdaje się głuchem na łzy i
krew Najświętszej Ofiary, wołającej w konaniu: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mię
opuścił?!” (Mat. 27. 46).
Kościół
katolicki, dzieciom swoim podsuwający te rozważania, o niezawodnym ich wpływie
na dusze głęboko jest przeświadczony. Niepodobna bowiem, aby należyte
zrozumienie Męki Jezusowej, nie wydało odpowiednich owoców w życiu
chrześcijanina. Kto się poczuwa do współwiny w przelaniu Boskiej krwi
Chrystusa, ten i nad grzechami swemi zapłacze serdecznie i poprawy życia
zapragnie szczerze, wolą gorącą i niezachwianą.
Kościół jednak,
znający równocześnie i niepoprawną twardość człowieka, dobrze wie o tem, jak
dalece groza i bojaźń w ryzach utrzymać są zdolne niesforność zepsowanych żądz
jego. Z naciskiem przeto przypomina teraz przekleństwa, ciążące na
bogobójcach, a w usta Zbawiciela przez
Proroków włożone. Co do litery sprawdziły się wszystkie na Żydach, nam
zaś do końca brzmieć będą żywem przypomnieniem kary, nieuchronnie czekającej
tych, którzyby zdaniem św. Pawła: „Syna Bożego na nowo krzyżowali w
sobie”. (Żyd. VI, 6). Czytajmy, co tenże apostoł pisze w innym rozdziale tego samego listu: „Jeślibyśmy
umyślnie grzeszyli, po wzięciu znajomości prawdy, już nie zostaje ofiara za
grzech, lecz straszliwe jakieś oczekiwanie sądu i żarliwość ognia, która pożreć ma przeciwników. Ktoby zakon
Mojżeszów wzgardził, bez wszelkiego miłosierdzia, za świadectwem dwu, albo
trzech świadków umiera. Jakoż na daleko sroższe zasłuży karanie, któryby Syna
Bożego podeptał… i Ducha łaski zelżył? Albowiem wiemy, kto powiedział: Mnie
pomsta, a Ja oddam. I znowu: Pan sądzić będzie lud swój. Ponoć straszno jest
wpaść w ręce Boga Żywego”. (X, 26, 31).
Istotnie. Cóż może być straszniejszego nad tę
nieprzejednaną surowość, z jaką Ojciec niebieski własnemu Synowi nie przepuścił
(Rzym VIII, 32), niepojętą ową grozą ucząc nas, jak ścisłej żąda wypłaty za
grzech, tak boleśnie raniący Boską Ofiarę, przedmiot upodobań Przedwiecznego !
(Mat. III, 17). Rozpamiętywania te, rdzennie wypalając w duszach zgubne przywiązanie
do złego, wzamian potęgują w nich świętą bojaźń Pańskiej obrazy i pogłębiają
ufność oraz miłość, które koniecznie powinny się wspierać na tej podstawie.
Niezaprzeczenie więc, jesteśmy przyczyną śmierci Boga
– Człowieka. Smutna to prawda. Lecz i to prawda, że z tej zbrodni rozgrzesza
nas krew Jezusa, z ran Jego wytryskająca. Ona to równocześnie ucisza i
powstrzymuje gromy sprawiedliwości, w niewymownem miłosierdziu dla dusz
pragnącej przelewu krwi oczyszczającej. Katowskie żelazo pięciokrotnie
przewierca Najświętsze Ciało, z którego na ludzkość strumieniami płyną ożywcze
strumienie, odnawiające w człowieku obraz Boży, zniekształcony grzechami.
Przystępujmy więc z ufnością do leczniczej Krwi
Przenajdroższej, niebo nam otwierarającej. Wierzmy, że Krwi tej kropla jedna
starczyłaby obficie na zgładzenie wszech zbrodni („Adoro Te” — św. Tomasz
z Akwinu) wielu światów od naszego stokroć grzeszniejszych. Zbliża się nowa
rocznica przelania całego morza tych kropli, których wartości i mocy nie
wyczerpały uprzednie wieki, ani przyszłe wyczerpać nigdy nie zdołają.
Z
wdzięcznością pójdźmy więc napawać się u źródeł Zbawicielowych (Izaj. XII, 3),
wybielających nam dusze, które zajaśnieją nowem pięknem łaski, blizny
grzechowe zacierającej doszczętnie. Tak odnowionych, ukocha Bóg Ojciec
miłością należną Bogu Synowi, z którym chrześcijanina łączy braterstwo
przybrania. Czyż nie dla odzyskania utraconych wydał na śmierć Jednorodzonego?
Mówi św. Paweł: „Kupieni jesteście zapłatą wielką” (I. Kor. V 20);
tak określoną słowami Książęcia Apostołów: Nie skazitelnem złotem, albo
srebrem jesteście wykupieni… ale drogą Krwią, jako Baranka niezmazanego i
niepokalanego, Chrystusa. (I, Piotr I, 18, 19). Ciężar gatunkowy Krwi
Bożej, miłosierdziem zaważył na szali Najwyższej Sprawiedliwości, przez Krew Krzyża
„uspokajającej bądź co na ziemi, bądź co w niebiesiech jest”. (Kolos. I,
20). Rany duszy obmyjmy tą Krwią Najświętszą, Jej zbawiającą pieczęcią znacząc
czoła nasze, ku wybawieniu w dzień gniewu i pomsty (Dies irae).
W tych dniach piętnastu Kościół szczególniejszą
czcią otacza Krzyż święty, uważając Go za ołtarz, na którym dokonała się
krwawa Ofiara, wszechświat zbawiająca. Dwa razy jeszcze w Roku liturgicznym: w
dzień Znalezienia Drzewa Krzyża (3 maja) i święto Jego Podwyższenia (14
września), ujrzymy znak Syna Człowieczego i sławić będziemy nieśmiertelny
triumf Jego zwycięstwa. Teraz jednak popatrzymy nań pod kątem widzenia narzędzia
śmierci najhaniebniejszej, o której mówi Stary Zakon: „Przeklęty od Boga jest, który wisi na drzewie” (Deuter.
21, 23). Przyjęciem tej zelżywości Baranek Boży w wiekuistą chwałę i triumf
przemienił wzgardzone drzewo, które odtąd rękojmią się staje i zadatkiem naszego
zbawienia! Codziennie teraz najgłębsze hołdy niosąc Krzyżowi Chrystusa,
Kościół wszystkich nas wzywa do czci, wdzięczności i uwielbienia dla świętego
narzędzia Męki Jego i chwały.
Zważywszy, z jaką miłością Pan obejmuje Krzyż
wyzwolenia naszego, jak na Boskie Ramiona kładzie twarde drzewo, niosąc je
długo po wybojach kamienistej drogi i obficie zraszając własnym potem i
ofiarną krwią swoją. Pójdźmy krok za krokiem po przebolesnem Szlaku
Ukrzyżowanego, do zranionych stóp Jezusa przywierając duszą całą i wiernie
towarzysząc Mu rozpamiętywaniem niewysłowionych Jego udręczeń.
Pomyślmy o szczęściu uprzywilejowanych rodzin,
goszczących Zbawiciela w domach swoich, z odwagą i oddaniem prawdziwej
przyjaźni, bez względu na osobiste niebezpieczeństwo i groźbę prześladowania w
przyszłości. A my? W codziennej beztrosce wygody co uczyniliśmy dla Jezusa
dotychczas? Wzbudźmy szczere postanowienie czujniejszej nadal wdzięczności.
Co powiedzieć o śmiertelnym niepokoju i niewymownej
udręce Matki Bolesnej? Nowe to bezkresy cierpień, jednające jej w Kościele
wyjątkowe prawa do tytułu Wspóiodkupicielki świata! Osobną pamięcią
uczcijmy niewysłowione morze goryczy, zgotowane Marji, dla jedynego wśród
stworzeń upodobnienia się Najwyższemu, Synowi Boga i Synowi Dziewicy.
Synagoga
w nieprawościach zastarzała, nie ustaje w zbrodniczych knowaniach i piekielnym
spisku na życie Sprawiedliwego. A tymczasem czarny horyzont, tylu gromami
brzemienny, rozjaśnia się chwilowo na dźwięk weselnego Hosannah, rozbrzmiewającego
po ulicach Jerozolimy. Nieoczekiwany hołd, przez dziatwę Izraela złożony Synowi
Dawidowemu, palmy słane Mu pod stopy wśród nieopisanego zapału i okrzyków
uniesienia tłumów wielotysięcznych, — to jasny, lecz krótkotrwały przebłysk w
ponurym i żałobnym nastroju dramatu,
wagą i doniosłością jedynego w dziejach wszechświata.
Judasz-zdrajca dobija targu z Sanhedrynem, na pastwę
jego nienawiści wydając Mistrza i Przyjaciela!
Baranek symboliczny rozwiewa się w słońcu Prawdy i rzeczywistej obecności Bożego
Baranka, którego Ciałem karmi Pan uczniów przy Ostatniej Wieczerzy. W
godowej szacie niewinności zasiądziemy do tej samej Uczty, razem z Apostołami;
w ich towarzystwie pójdziemy w zacisze ogrodu oliwnego, aby tam być świadkami
konania Serca Zbawiciela, który ocieka potem krwawym i o odsunięcie kielicha
żebrze Ojca niebieskiego.
Przed oczyma naszemi przesuwają się pamiętne obrazy
owej nocy: podły pocałunek Judasza, świętokradzkie pojmanie Boga rękoma
rzymskich żołnierzy, okrutne wleczenie go po trybunałach sędziów-zbrodniarzy.
Potworny łańcuch moralnej ohydy, wypełzał natenczas z najciemniejszych
zakamarków zepsutej natury ludzkiej i skwapliwie
stając na usługach piekła, powolne jemu narzędzie, jest owym katem, bezlitośnie
smagającym najświętsze Ciało i człowieczą Duszę naszego Wybawcy.
Kłamstwo, potwarz i najpodlejsza nikczemność świata,
sprzysięgają się przeciwko Panu i przeciw Chrystusowi Jego (Psalm), policzkują
Wcielone Słowo Boże, a poorawszy biczami i najhaniebniej oplwane, cierniową
koroną wieńczą, na urągowisko rozbestwionych tłumów. Krwią znaczy się krok
każdy Boskiej Ofiary, upadającej pod Krzyżem. U kresu Jej drogi oprawcy
gwałtownie zdzierają Panu szaty, do ran przywarłe, — Ręce i Nogi dziurawią gwoźdźmi
i przybijają Ciało do wzgardzonej szubienicy krzyża.
Płaczą nieprzejrzane zastępy Aniołów, w niemem
uwielbieniu otaczających ołtarz krwawy, — ludzie tymczasem naigrawają się Męce,
złorzeczeniami nienawiści zdwajając przedśmiertne katusze Baranka,
zawieszonego między niebem a ziemią i wielkim głosem miłości wołającego dla
niej o przebaczenie. Przybliżmy się z ufnością do Drzewa Żywota, obciążonego
Boskim Owocem, w najgłębszem ukorzeniu zbierając w duszę bezcenne krople Krwi
oczyszczającej,— i słuchajmy ostatnich na ziemi nauk Bożego Słowa. W niemej
Męce stoi pod Krzyżem Matka, w ukrzyżowane Serce przejmująca zamierające
tchnienie Syna, który po trzygodzinnej agonji, Bogu Ojcu oddaje swego ducha.
Patrzmy na
umęczone zwłoki najpiękniejszego urodą między syny ludzkimi. Tenże to, którego
Narodziny z takim weselem i radością święciliśmy niedawno? Oto przed oczyma duszy
Ciało Jego, zakrzepie w męce ukrzyżowania, zakrwawione członki prężą się
zesztywniałe pod lodowatym oddechem śmierci, którą Dawca żywota za nas
grzesznych przyjąć raczył. Nie dość tego, że przychodząc na ziemię wyniszczył
Samego Siebie, „przyjąwszy postać sługi”. (Filip. II, 7). Narodziny w
ubóstwie i poniżeniu to dopiero początek onego wyniszczenia, którego koronę
stanowi umiłowanie swoich aż do końca… aż do śmierci, a śmierci krzyżowej.
Pan Jezus wiedział, że utraconą ludzkość odzyszcze tylko za cenę Krwi swojej i
nie cofnął się przed tą ofiarą. Teraz tedy, mówi św. Jan Apostoł — miłujmy
Boga, iż Bóg nas, pierwej umiłował. (Jan, IV, 19).
I to jest celem świętej Liturgji w dorocznych
uroczystościach Kościoła. Wstrząsającą grozą sprawiedliwości Bożej obaliwszy
góry człowieczej pychy, Oblubienica Chrystusowa wzrusza serca nasze miłością
ku Panu, który na Siebie wziął karę za grzechy ludziom słusznie się należącą.
Nie daj tego Boże, aby komu bez echa przeszedł Wielki Tydzień i świętym ogniem
skruchy nie rozpalił mu duszy! Biada człowiekowi takiemu!
Czy nie zadrga nam serce wdzięcznością? Wszak Jezus
miał prawo znienawidzieć grzeszników, a jednak ukochał ich aż do zapomnienia
o Sobie! Nie pozostaje przeto nic innego, jak powtórzyć za Apostołami: „Miłość
Chrystusowa przyciska nas… albowiem za wszystkich umarł Zbawiciel, aby i
którzy żyją, już nie sami sobie żyli, ale Temu, który za nich umarł i
zmartwychwstał”. (II Kor. V, 14, 15). Tej wierności domaga się Odkupiciel,
na krzyżu modlący się za nas, którzyśmy są kaci Jego. Prorok mówi, że przy
końcu świata Chrystus ukaże się na obłokach… A tedy ujrzą kogo przebodli.
(Zachar. XII, 10). Obyśmy teraz tak szczerze skąpali się w oczyszczających
wodach pokuty, aby nam w dzień ostateczny nadzieją zbawienia zalśniły
Najświętsze blizny Bożego Syna!
Jego miłosierdziu ufajmy, bo mocen w duszach dokonać
cudu przemiany. Ufajmy, że w dzień sądu uzbroić nas raczy na wytrzymanie
spojrzenia Jego wszechwiedzy… „Kiedy będzie Jeruzalem szperał ze świecami…
Pan badający się serc i nerek… i oświecający zakrycia ciemności”…
Jak ongiś śmiercią Swoją dokonałeś przewrotu w
naturze, która drżeniem ziemi, rozpadaniem się skał i zaćmieniem słońca nad
zgonem Twoim płakała, o Jezu, — tak spraw, aby twarde serca nasze drżeniem
zbawiennej trwogi ocknęły się z obojętności i ku Tobie dźwignęły świętą
nadzieją, a wzrastały w miłości. Na dno otchłani zstępując z cierpiącym i
smutnym aż do śmierci, niechaj ożyją ze Zmartwychwstałym, w jasnościach
wiekuistego królestwa.